Od dzieciństwa bawiła się igłą i nitką, w szkole szyła ubrania, które koleżanki chciały kopiować, a dziś realizuje swoje projekty w autorskiej pracowni krawieckiej. Beata Sodoś z Żyrardowa nie tylko tworzy unikatowe stroje, ale także nadaje nowe życie tym, które wielu z nas dawno odłożyłoby do szafy lub wyrzuciło. Swoimi projektami pokazuje, że marzenia o kolorowych ulicach Żyrardowa są możliwe do zrealizowania. Opowiada o pracy w zakładach lniarskich, pokazach mody i dziecięcych zabawach z szyciem.
– Beato, opowiedz nam trochę o swoim życiu i zawodowej drodze – Pochodzę z Żyrardowa i tu mieszkam od urodzenia. To miejsce jest dla mnie bardzo ważne – tata się tu urodził, mama pracowała, a ja sama spędziłam tu sporo lat zawodowo. Pamiętam jeszcze czasy, gdy zamykano zakłady lniarskie. Pracowałam tam na Bielniku jako projektant, miałam pod sobą grupę pań, które szyły, a także uczyłam młodzież zawodu. To były wspaniałe lata – spełniałam swoje marzenia, choć niestety nie trwało to długo, bo zakłady zostały zamknięte.
– A jak wyglądał Twój powrót do szycia po tej przerwie?– Oj, była to długa przerwa – życie trochę mnie testowało i pojawiały się różne przeciwności i przez jakiś czas po prostu nie mogłam patrzeć na maszynę. Ale gdy wróciłam, zaczęłam robić to, co zawsze miałam w głowie. Nie chodziło już o szycie z nowych tkanin, tylko o przywracanie życia starym ubraniom. Od zawsze lubiłam przerabiać rzeczy – a gdy pojawiły się pierwsze second handy, biegałam tam, kupowałam ubrania i tworzyłam coś wyjątkowego.
– Skąd wzięła się u Ciebie ta fascynacja igłą i tkaninami? – To jest we mnie od zawsze. Jako dziecko wychodziłyśmy z koleżankami na podwórko z kocykiem, siadałyśmy pod wielką wierzbą, miałyśmy laleczki i szyłyśmy coś dla nich. Tak naprawdę igła, nitka i tkaniny przewijały się w moim życiu od zawsze. Nie wiem, czy kiedyś coś mamie pocięłam (śmiech), ale na pewno coś musiało się zdarzyć. Mama robiła na drutach i szydełku, w naszym mieście wiele osób chodziło w ubraniach, które wychodziły spod jej rąk.
– A co Cię inspirowało i jak rozwijałaś swoją pasję?–Zawsze szyłam coś samodzielnie, bo w sklepach trudno było znaleźć rzeczy, które chciałabym nosić. Dużą inspiracją były dla mnie pokazy mody – zawsze mnie ciągnęło w tamtą stronę. Rok temu w końcu otworzyłam własną działalność i od tego momentu moja pasja rozkwitła w pełni. Chciałabym, żeby nasze ulice były kolorowe i radosne – bo teraz często wygląda to tak, że wszyscy chodzą podobnie ubrani. A gdy ktoś się wyróżnia, ludzie patrzą na niego ze zdziwieniem. Teraz pomysłów mam mnóstwo. Moje mieszkanie wygląda jak mała pracownia – jem, śpię i szyję w tym samym miejscu. Spełniam swoje największe marzenie. Fajnie byłoby, gdyby ludzie chcieli nosić te rzeczy, ale wydaje mi się, że jeszcze nie mają na to odwagi. Na razie sama zakładam i noszę swoje projekty – to naprawdę unikatowe rzeczy. Nawet gdybym stworzyła coś podobnego, i tak zawsze wyjdzie inaczej – może to być inna kurtka, sukienka czy marynarka. Nigdy nie wyrzucam swoich ubrań – jeśli mi się znudzą, odkładam je i czekam, aż przyjdzie mi pomysł, jak je przerobić. U mnie żaden materiał się nie zmarnuje – przydadzą się nawet najmniejsze skrawki.
– Masz też ciekawe doświadczenie w firmie belgijskiej, która miała swoją siedzibę w Żyrardowie...– To była ciekawa przygoda. Zostałam przyjęta jako projektant odzieży nocnej – koszule, piżamy. Pierwsze pytanie brzmiało: „Czy ma Pani dobrą pamięć?” Bez wahania odpowiedziałam: „Tak”. Dali mi wieszak z ubraniami, kazali obejrzeć, a potem zabrali. Następnie miałam przerysować wszystko, co widziałam, na kartce. Zrobione dobrze – usłyszałam i… pojechałam z szefem do Düsseldorfu na targi. Tam pierwszy raz zobaczyłam profesjonalne pokazy bielizny. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam – to były projekty profesjonalnych i doświadczonych projektantów. Moim zadaniem było zapamiętać każdy detal i później siadałam w kącie i szkicowałam te projekty, aby to wszystko podobne zrobić w Żyrardowie. Niestety firma w naszym mieście nie przetrwała długo.
– Pamiętasz swoje pierwsze własne projekty z młodości?– O tak! Wspominam je z sentymentem. Uszyłam sobie jeansowy płaszcz – w tamtych czasach jeans był drogi, więc rodzice nie bardzo mogli sobie pozwolić, aby mi mogli go kupić. Gdy zaczęłam pracować, kupiłam trochę tkaniny w Pewexie i sama zrobiłam płaszcz sięgający do połowy łydki. Byłam z niego bardzo dumna. Do tego zrobiłam spódnicę – też własnoręcznie. W szkole krawieckiej szyłam ubrania dla siebie i koleżanki często podglądały moje pomysły, chciały ubierać się podobnie. Pamiętam też spodnie z różowej tkaniny w kolorowe odbite łapy i do tego bluzkę z falbanką. Lubiłam też obserwować ludzi na ulicach – jak są ubrani, jakie kolory noszą. Do dziś mam pamięć fotograficzną – jeśli coś mi się spodoba, zostaje w głowie jako inspiracja.
– Skąd czerpałaś inspiracje modowe, gdy dostęp do trendów był ograniczony?– Mama zdobywała grube katalogi z Zachodu, z fotografiami kobiet w ubraniach – traktowałam je jak prawdziwe magazyny mody. Jeździłam też do Warszawy do domu mody Hoffmann, gdzie można było oglądać oryginalne ubrania. Nie stać mnie było na nie, ale mogłam je podziwiać, wzdychać i chłonąć inspiracje.
– Prowadziłaś też warsztaty z szycia w Żyrardowie. Jak to wyglądało? – To były wspaniałe chwile. Warsztaty prowadziłam dla dzieci, młodzieży i dorosłych – robiliśmy kwiatki, proporczyki. Dzieci wychodziły szczęśliwe, nauczyciele zadowoleni, a to dodawało mi skrzydeł. Młodzież na początku niechętnie podchodziła do szycia, ale potem naprawdę się wkręcali. Z dorosłymi było podobnie – osoby, które nigdy nie szyły, potrafiły uszyć sukienki, co wprawiało mnie w prawdziwy zachwyt. Przy pierwszej edycji była sesja zdjęciowa, przy kolejnych pokazy na dużej drukarce sitodrukowej. Panie do dziś wspominają te spotkania i jak fajnie było tworzyć.
– Czy zajmujesz się także innymi dziedzinami sztuki?– Tak, maluję obrazy, choć to nie jest mój priorytet. Zajmuje się też fotografią – bardzo mnie wciągnęła i swego czasu była odskocznią od codzienności. Od 2011 do 2018 prowadziłam też warsztaty plastyczne w Osiedlowym Domu Kultury i było wspaniale widzieć postępy dzieci.
– Jakie jest Twoje marzenie związane z szyciem?– Marzeniem, które już raz spełniłam, jest pokaz mody. W 2014 roku, przy powstawaniu Muzeum Lniarstwa, przygotowałam autorską kolekcję i pokaz na drukarce sitodrukowej. Szyłam z tkanin pozyskanych w muzeum, które dopiero wtedy organizowało się od podstaw. Chodziłam po halach, gdzie było jeszcze brudno, wybierałam tkaniny i uszyłam pierwsze projekty. Miałam dziesięć dorosłych modelek i dwie małe dziewczynki, które pokazały moje projekty – byłam przeszczęśliwa. Dzisiaj moim marzeniem jest przygotowanie kolejnego pokazu, ale nie będzie to typowy pokaz – ja zawsze wybieram bardziej kręte, nietypowe drogi. Ten pokaz będzie bardzo kolorowy, oryginalny, taki, jakiego jeszcze nikt nie widział. Mówię poważnie – spełnię to marzenie!
– Co możesz dziś zaoferować osobom, które chciałyby mieć coś wyjątkowego w swojej szafie?– Jeśli ktoś chce mieć coś naprawdę wyjątkowego – np. z trzech koszul, w których już nie chodzi – mogę zrobić jedną unikatową rzecz. Ulubione spodnie, które już nie pasują? Z kilku par można stworzyć jedną, wyjątkową. Zapraszam do kontaktu przez mój Facebook – Beata Sodoś–PP-Art.
Dziękuję za rozmowę
Zuzanna Bożek
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu zyciezyrardowa.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz